środa, 4 lutego 2015

Rozdział 9

perspektywa Liliany
Jutro w szkole pewnie Roki i Sara będą mnie zawalały milionami pytań o tym co robiłam z Kevinem. - moja głowa zajęta była milionami rzeczy związanymi z tym co robiłam w kinie. Jakoś je z siebie wyrzuciłam zajmując się tym, że właśnie siedzę na ławce w parku z Kevinem. Było mi zimno. Oczywiście zapomniałam wziąć kurtki albo jakiegokolwiek sweterka. Próbowałam nie drżeć, ale jakoś mi to nie wychodziło. Roki kiedyś próbowała mnie nauczyć jak to opanować. Ale nie było mi to wtedy potrzebne. Kevin objął mnie ramieniem. Onieśmielał mnie. Podleciało na trawnik kilka gołębi. Wyjęłam z torebki kruche ciastka i zaczęłam je kruszyć.

- Co ty robisz? To są przecież twoje ulubione ciastka. - Kevin naprawdę się zdziwił
- Próbuje nakarmić twoich imienników. - nie wytrzymałam i zaczęłam drżeć jednocześnie chichotając pod nosem
- Daj, też chce nakarmić trochę siebie siedzącego na trawniku. - w jego głosie wyczułam nutkę poirytowania – Zimno ci. Dam ci bluzę. Wiem, że zabiłabyś za nią.

Miał rację zamordowałabym każdego, żeby tylko ją mieć. Była ciepła i pachniała nim.

- Nie denerwuj się na Louisa za to, że nazwał gołębia twoim imieniem.
- Nie denerwuje mnie to. - kłamał, bo przewrócił oczami
- Roki zabije cię za to. Ona go uwielbia.
- Ja mogę równie dobrze zabić Zayn'a, bo ty go uwielbiasz. Roki przecież lubi tego... jak on tam miał... - zastanawiał się dosyć długo – Vegeta.
- Ona go nie lubi. Roki nim jest. Nie zauważyłeś jak się zachowuje. Podobnie jak on. Potrafi ciągle jeść i nadal być głodną. Lubi gdy wszyscy wykonują to co chce. Odpowiada krótko, ale zwięźle...
- Ej, filozofie nie zapędzaj się. Za chwile będziesz wymieniać takie cechy, o których nawet Roki nie wie.
- Jestem tak zmęczona, że zaczynam bredzić. Możemy już wracać?
- Ok.

Kevin odprowadził mnie do domu. Wracaliśmy powoli. W końcu doszliśmy do mojego domu. Staliśmy przed furtką nie wiedząc co zrobić. Nareszcie przełamałam się i odezwałam.

- No to pa. Widzimy się w szkole. - bardziej pytałam się niż twierdziłam.

Odeszłam jak ostatni tchórz. Nie ukrywam. Szłam wolno. Miałam już wchodzić na pierwszy stopień schodów gdy usłyszałam jak ktoś mnie woła.

- Lili poczekaj. - uwielbiam jak zdrabnia tak moje imię
- Hm? A no tak twoja bluza. Proszę. - chciałam już mu ją podać, ale cofnął moją rękę
- Jest już twoja.

Nachylił się nade mną i cmoknął w policzek. Moje policzki zaczęły mnie nie miłosiernie palić. Spojrzał mi w oczy i zaczął powoli się wycofywać. Był już jakieś trzy metry ode mnie gdy w końcu się poruszyłam i pomachałam delikatnie. Boże. Nie ma nawet takich słów, które mogły by to opisać. Moje serce przeżyło zawał.

- Dobra Lili. Ogarnij się. Musisz jeszcze dać radę odrobić lekcje. - gadałam do siebie jak potłuczona
Weszłam do domu. Jakoś zjadłam kolacje. Patryk – mój młodszy brat – ciągle się na mnie gapił. Dagmara – niestety moja siostra – robiła to samo. Nawet rodzice się na mnie gapili.

- Boże mam coś na twarzy? - nie wytrzymałam i krzyknęłam aż widelec mi upadł na ziemię
- Ojojoj ktoś przyjdzie głodny. - powiedziała moja mama
- Co? - serio nie wiedziałam o co jej chodzi
- Widelec ci upadł, a to oznacza, że przyjdzie ktoś kto jest głodny. - wyjaśnił tata
- Aaa. Już go podnoszę. - olśniło mnie
- Może ten chłopak Lali? - Boże Patryk ma pięć lat i dalej nie umie wymawiać mojego imienia
- Co? Jaki chłopak? Mamo o co mu chodzi? Nie mam chłopaka. - dokładnie podkreśliłam 'nie mam'
- No o tego chłopaka, z którym dziesięć minut gadałaś przed domem.
- Kevin nie jest moim chłopakiem. To był zwykły wypad do kina.
- Mhmm... zawsze się tak zaczyna. W sumie dobrze, że będziesz mieć chłopaka przynajmniej przestaniesz wysyłać sobie z Roki te dziwaczne obrazki. - nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać
*pół roku później*
Nareszcie luty. Nie mogę doczekać się swoich urodzin. W listopadzie były jeszcze urodziny Roki, ale nie byłam na nich, bo przechodziłam ostrą grypę. Jak zawsze zaskoczyli mnie, bo przyszli do mojego domu całą zgrają. Chcieli być wtedy ze mną. Roki i Kevin stwierdzili, że nic nie może się beze mnie odbyć. Powróćmy do moich urodzin. Odbywały się one na polu paintballowym. Zaprosiłam na nie mojego chłopaka Kevina, Roki, Sare, Cysie i Luka, Serine. Wszystko było super. Siniaki na moim ciele po trafieniach nawet nie były aż tak straszne. Wywoływały na mojej twarzy uśmiech. Po zawodach paintballowych, które sobie zrobiliśmy jedliśmy tort, a w międzyczasie otwierałam prezenty. Najlepszym prezentem była bluza z napisem 'Malik Monday' od Kevina. Dostał za to buziaka. To były jedne z moich najlepszych urodzin.
Ciekawe co powie Brzęczyszczykiewicz gdy zobaczy nasze siniaki. - pomyślałam patrząc na pojawiające się na moich rękach fioletowe plamki
Tak nasz wychowawca ma na nazwisko Brzęczyszczykiewicz. Wiele osób się śmieje z tego jak niektórzy je przekręcają. My przechrzciliśmy go na Pana Żwirka, bo jak byliśmy raz z nim na wycieczce to idąc z lodem w ręku wywrócił się na polu żwirowym, i cały się uwalił lodem. Cała szkoła przyjęła to przezwisko.
*jakiś czas później, poniedziałek*
Pierwszą naszą lekcją była chemia. Nauczycielka jak zawsze krzyczała na nas, że się nie uczymy. Potem był polski. Tej nauczycielce odwaliło i chciała z nami grać w jakąś idiotyczną grę. Dopiero wtedy zauważyłam, że nie ma w szkole Kevina. Pewnie zaspał. Cały on. Przechodząc do jego tematu. Chyba z nim zerwę. Przez ostatni czas jakoś się od siebie oddaliliśmy. Mniej ze sobą rozmawiamy i nigdzie nie wychodzimy. To było tylko zauroczenie. Muszę z nim o tym pogadać, ale później. Muszę jakoś zaplanować tą rozmowę. Nawet nie wiem jak mu to powiedzieć.
Nareszcie zaczęła się ostatnia lekcja. Nie wiem z czego mam się tak cieszyć. W końcu to godzina wychowawcza. Żwirek jak zawsze ględził o naszym zachowaniu. Nie ogarniam po co nam to mówił skoro już to wiemy. Serio jesteśmy jacyś nie normalni. Pedagodzy są na naszych lekcjach normą.

- Pewnie zauważyliście już, że nie ma dziś Kevina. Czy ktoś wie dlaczego? - zadał pytanie Żwirek
- Pewnie chory. - odezwał się ktoś z końca sali
- Raczej zaspał. - dodał ktoś inny
- Albo poszedł gdzieś z Lilianą. - no teraz to już przesadzili. Nie wytrzymałam i wybuchnęłam.
- Ja tu jestem! Jesteście zazdrośni czy jak?!
- Cisza! Liliana za krzyczenie na lekcji dostajesz uwagę. Przechodząc do tematu. Widzę, że nie znacie odpowiedzi na moje pytanie. Powiem wam prawdę. Mówię to z żalem. Kevin był naprawdę dobrym uczniem. Musiał wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Nie będę wam wyjaśniał dokładnie dlaczego. Kevin chciał, żebym tylko tyle wam powiedział. Nie wiem czemu tak zrobił. Uszanujmy jego wolę i nie wypytujcie mnie o resztę, bo naprawdę chciałbym wam to wszystko powiedzieć, ale niestety Kevin najwyraźniej nie chciał was w to wtajemniczać...
- Jezus Maria! Robicie z tego nie wiadomo co! Gadacie jakby umarł! Jakbyśmy mieli już go nigdy więcej nie zobaczyć!
- Liliana uspokój się. Wiemy, że był twoim chłopakiem, ale...
- Nie ma żadnego ale! - krzyknęłam i wybiegłam z sali z płaczem

Poszłam w miejsce gdzie czułam się w tym całym więzieniu zwanym szkołą naprawdę wolną. Nikt nie mógł mnie tam znaleźć. Byłam tam tylko ja i moje myśli. Nikt inny nie miał tam wstępu. Nie wytrzymałam tego wszystkiego. Wiedziałam, że muszę to zrobić.

*perspektywa Roki*
Po wybiegnięciu Lili w klasie zapanowała cisza. Przerwał ją Żwirek.
- Roki wiesz gdzie poszła? - po dłuższym zastanowieniu się przytaknęłam głową – Pójdź w takim razie do niej. Daj jej to. - wziął z biurka białą kopertę z podpisem 'dla Liliany' i podał mi ją – Kevin chciał, żeby to dostało się w jej ręce. Poczekaj jeszcze chwilę. Dajmy jej chwilę wytchnienia. Niech ochłonie. Musicie zrozumieć Lilianę. Jest jej naprawdę ciężko z tym wszystkim. Po prostu postawcie się na jej miejscu. Wtedy zrozumiecie. Roki możesz już iść. Zabierz swoje rzeczy i Liliany jeśli jakieś zostawiła. Nie musicie wracać na lekcje. Możecie iść do domu.

Jak najszybciej wzięłam swój plecak i torbę Liliany. Weszłam jeszcze do szatni po kurtki. Dobrze, że Lili zapomniała dziś kluczyka, bo nie wiem jak wytłumaczyłam bym to wszystko szatniarce. Nie mogłam uwierzyć jak Kevin mógł zrobić coś takiego. Odszedł bez pożegnania.
Cały czas trzymałam w dłoni kopertę, którą dał mi Żwirek. Była dość ciężka.

- Ciekawe co tam jest? - mruknęłam do siebie idąc do miejsce gdzie na pewno była Liliana – Nie. Nie mogę tam zaglądać.

Przyspieszyłam kroku. Byłam prawie na miejscu. Wszystkie rzeczy, które niosłam robiły się coraz bardziej ciężkie. To, że musiałam wyjść ze szkoły nie ułatwiało mi zadania. Potknęłam się o krawężnik i upadłam. Cała ja. Wywrócę się w najmniej spodziewanych miejscach.

- Może pomóc? - gdy podniosłam głowę zauważyłam chłopaka wyciągającego w moją stronę dłoń
- Taa, dzięki. - odpowiedziałam wstając z ziemi i zbierając w pośpiechu rzeczy
- Wagary? Ja też nie wytrzymuje psychicznie na lekcjach.
- Nie upadłam jeszcze tak nisko, żeby wagarować. Wybacz, ale szukam kogoś.
- Pójdę z tobą. - powiedział gdy zauważył, że zaczęłam znowu iść
- Nie musisz. Nie spodoba się jej to. Nie przepada za obcymi. W ogóle po co z tobą gadam. Nie znam cie.
- Ale możesz poznać.
- Odpuść sobie. Zostaw mnie w spokoju.
- Jeszcze kiedyś się zobaczymy. Na pewno.
- Taa jasne. Wmawiaj to sobie dalej. Na pewno się spełni. - dodałam ostatnie zdanie najbardziej przesycone sarkazmem jak tylko umiałam

Przyspieszyłam jeszcze bardziej kroku. Nieznajomy odpuścił. Na szczęście. Miejsce gdzie powinna być Lils było już blisko. Weszłam na wzgórze. Było z niego widać całą szkołą. Zarastały je trochę krzaki przez co z budynku nie było widać nikogo tam siedzącego. Miałam rację, że tam będzie. Siedziała do mnie tyłem. Zostawiłam wszystkie rzeczy na ziemi. Podeszłam do niej najciszej jak tylko potrafiłam, żeby nie przestraszyła się i znowu nie uciekła. Obeszłam ją dookoła. Miała spuszczoną głowę. Kucnęłam i przyjrzałam się jej. Zamarłam gdy zobaczyłam to czego najbardziej się obawiałam. Nie wierzyłam, że to zrobiła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz