środa, 11 marca 2015

Rozdział 15

 Nic nie odpowiedział. Przyczyną tego z pewnością było to jak go mistrzowsko ochrzaniłam. Albo to, że wszedł jego szef. Mniejsza z tym. Facet był moim ochroniarzem, a nie wiedziałam jak się nazywa.
-Wpadłem przynieść ci laptopa. Zamów w internecie rzeczy, które będą ci potrzebne. Te najważniejsze masz zamówić kurierem. Liliana ci pomoże. Adres macie na kartce, które jest przyklejona do ekranu. Możecie nawet zamówić pierścionek, żeby nie było. Jakieś pytania?
-Jak się pan nazywa? Nie wiem jak mam się zwracać.
-W całej tej akcji jestem znany jako ojciec twojego narzeczonego. Możesz mi mówić tato.
-Ok.
'Tata' wyszedł. Zostałam z Lili, która zdążyła już przez ten czas włączyć laptopa i Mark'iem, który zasnął na fotelu obok mojego łóżka. Zerknęłam na ekran laptopa. Rzeczywiście. Była tam kartka.
-To co chcesz zamówić najpierw? - zapytała
-Jak chcesz. Mnie to już nie obchodzi. Nigdy przecież nie przepadałam za zakupami.
-Fakt. Nie wiem w jakim stylu mam szukać ubrań.
-Skoro nie mam być taka jak jestem dzisiaj to wrócę do swojego dawnego stylu. Proste. Znasz go to możesz zająć się tym sama.
-A rozmiar?
-Jesteśmy tego samego wzrostu i pewnie ważymy też tyle samo. Po prostu rozmiar jak dla ciebie
-A co z butem? Zawsze miałaś większą stopę ode mnie. - miałam dosyć gadania
Zdjęłam jeden but i rzuciłam w jej stronę. Drugiego też, ale tego już położyłam na podłodze. Sama też położyłam się na łóżku. Sięgnęłam do stolika po mój ulubiony zeszyt. Był już stary i poniszczony. Dla mnie ważne było, że znalazłam go jak sprzątałam. Był jeszcze z czasów jak mieszkałam w Polsce. Zaczęłam go przeglądać. Były tam wszystkie moje stare rysunki. Nawet te mniej udane. Uśmiechnęłam się nawet na widok tych całkiem bezsensu.
-Lili. - dziewczyna nie zareagowała to kopnęłam ją
-Co chcesz? - powiedziała obracając głowę w moją stronę
-Pamiętasz?- pokazałam jej stary zeszyt
-Jezu. Skąd go wytrzasnęłaś?
-Jakiś czas temu znalazłam go w pokoju, ale chciałam go wyrzucić. Widocznie mam chciała mi o was przypomnieć, to go mi podrzuciła.
-Nie wierzę, że przetrwał tyle lat. Dałam ci go w drugiej klasie podstawówki na urodziny.
-Wszystkie moje szkice tu są.
-Żartujesz. - musiała przysiąść się obok mnie, żeby uwierzyć w to co widzi
-Są tutaj. Wszystkie. - zaczęłam przewracać kartki
Szkice stopniowo zmieniały się. Najpierw były zwierzęta. Stopniowo mieszając się z krajobrazem aż całkiem zniknęły. Potem było anime. Po ostatnim niedokończonym szkicu wpadłam na NICH.
-Co to jest? - sama to rysowałam, a nie wiedziałam co to było
-Mnie się pytasz. Ty to rysowałaś. Wygląda to trochę jak chłopak.
-Już pamiętam! To był mój pierwszy rysunek Zayn'a.
-A no tak. Teraz dopiero go poznaje. Ta jego grzywka.
-Zayn. Zayn. Zayn. O Louis.
-Skąd wiesz, że to on?
-Marchewka.
-A no tak.
-Louis. Louis. Zayn. Louis. Zouis.
-Harry. - powiedziałyśmy jednocześnie
-Te jego loczki. Na początku jak się tu przeprowadziłam z mamą to czasem ich spotykałam na mieście.
-Teraz to już na serio mnie wkręcasz.
-Nie wkręcam. Serio spotykałam ich milion razy... na wystawach sklepowych. Byli na plecakach, torebkach, pudełkach... Po prostu na wszystkim.
Przyglądałyśmy dalej. Dużo się na tym naśmiałyśmy. Głównie z tego jak rysowałam włosy. Zawsze mi nie wychodziły. Bawiłam się jak nigdy dopóki nie trafiłam na ostatnią stronę.
-Na zawsze razem pod jednym kierunkiem. - przeczytałyśmy wspólnie

Pod napisem były nasze podpisy i odcisk palca. Ta przysięga miła symbolizować naszą wieczną przyjaźń. Podpisałyśmy to tuż przed moim wyjazdem. Pamiętam ten dzień. Kilka tygodni wcześniej pokłóciłyśmy się tak, że przez tydzień nie rozmawiałyśmy. Napisałyśmy to na znak tego, że już nigdy kłótnia nam nie stanie na drodze. Przyrzekłyśmy na oddanie chłopcom.


Jutro epilog!!!
1 CZERWCA WRACAM Z KINGS AND QUEENS!!!!!
Jest to druga część Opowieści Dziwnej Treści. W końcu trzeba sprawę zabójcy doprowadzić do końca.

Rozdział 14

 Pociągnęłam Lili w stronę zamierzonego celu. Szłyśmy równym krokiem. Podeszłyśmy do dyżurki. Pielęgniarz spojrzał na nas znad papierów, które właśnie wypełniał.
-Słucham. O co chodzi? - zapytał
-No... więc... - zaczęła dukać Lili
-W czym macie problem? - kontynuował
-Nudzi nam się. Wszyscy jeszcze śpią oprócz pana. - odpowiedziałam
-No i co w związku z tym?
-Myślałyśmy, że porozmawia pan z nami. Opowie coś o tym szpitalu, bo szczerze mówiąc nie śpię dopiero od jakiś dwóch godzin. Nie wiem nawet, w którym dokładnie jestem szpitalu.
-Dokładnie. - przytaknęła Lili
-Jesteście w normalnym szpitalu. Na oddziale onkologii.
-Że onkologia to wiem. Domyśliłam się po swojej chorobie.
-Na co jesteś chora?
-Białaczka i zerwane więzadło skokowe.
-W której nodze?
-Lewej.
-Roki, a ty czasem nie miałaś w lewej zwichniętego stawu skokowego? - zdziwiła się Liliana
-Niby tak, ale doktor Robinson powiedział, że to więzadło skokowe.
-Ty jesteś chora, a ona co tutaj robi? - powiedział mierząc wzrokiem Lili
-Ona jest moją siostrą. Przyszła mnie odwiedzić.
-Wiesz, że jesteś za wcześnie na odwiedziny?
-Niech pan przymknie na to oko. - prosiłam
-Takie procedury.
-Prosimy. - powiedziałyśmy jednocześnie, dodatkowo zrobiłyśmy miny zbitego szczeniaczka
-Niech wam będzie, ale macie siedzieć przy mnie. Nie możecie zejść mi z oczu ani na sekundę.
-Dziękujemy.
-To co pan nam opowie o tym oddziale? - zapytała Lili
-Pacjentów mają tutaj doktor Robinson i doktor Kelso.
-Jaki jest doktor Kelso? Tego pierwszego znamy dobrze. Jest całkiem fajny.
-Doktor Kelso jest całkowitym przeciwieństwem doktora Robinson. Dobrze trafiłaś, bo doktor Kelso zazwyczaj ma starszych pacjentów. Ile wy macie w ogóle lat?
-19
-Nie wyglądacie na bliźniaczki.
-Lili jest starsza ode mnie o 10 miesięcy. Chodziłyśmy razem do szkoły podstawowej i do połowy gimnazjum.
-Szkoda. - dodała Lili
-Jedna z was musiała zmienić szkołę?
-Rodzice rozwiedli się. Sąd przyznał mnie mamie, a Lili tacie. Liliana wyjechała z tatą zagranicę, a ja zostałam z mamą w Londynie.
-Nie widywałyście się ze sobą? Przecież musiałyście mieć jakiś kontakt z drugim rodzicem.
-To rodzice do nas przylatywali. Zawsze w tym samym czasie wylatywali i przylatywali. Tak bardzo się pokłócili, że nawet nie mogli na siebie patrzeć.
-Rozwody to straszna rzecz. Dobrze, że moi rodzice nie rozwiedli się.
-Pewnie nie przyjdą do szpitala. Nawet dobrze, bo nie mam zamiaru słyszeć jak się kłócą. - powiedziała Lili
-Jak się odnalazłyście?
-Lili przyszła do mnie do szkoły
-Yhm, a potem z tobą od razu do szpitala. Ile ma pan lat?
-25.
-Tak obstawiałam. - dodała Lili
Zaczęliśmy się śmiać jak psychicznie chorzy. Miałam w oczach łzy gdy usłyszałam za sobą znajomy głos.
-Kochanie tutaj jesteś. Wszędzie ciebie szukałem. - osz kurwa Mark
Mężczyzna stanął obok mnie i objął ramieniem. Normalnie to bym już zabiła za takie coś, ale... musiałam się przyzwyczajać
-Mark... kotku rozmawiałam sobie z Lili i tym przemiłym panem.
-Możesz mi mówić Robert.
-Robert to mój narzeczony, Mark.
-Miło mi poznać. - uśmiechnął się pielęgniarz w stronę policjanta
-Kochanie mój ojciec chciałby z tobą porozmawiać. Pilnie. Lili ty też.
-Do zobaczenia Robert. - powiedziałyśmy szybko, bo ten idiota strasznie się spieszył
Mark tak mocno ściskał moją dłoń, że bałam się o moje kości. Kolejna rzecz do operacji. Za Chiny nie wiedziałam o kogo mu chodzi z tym ojcem. Gdy tylko weszliśmy do mojej sali wyszarpnęłam dłoń z uścisku Mark'a i usiadłam na łóżku masując obolałe miejsce.
-Powaliło cię! Mogłeś mi dłoń zmiażdżyć.
-Przepraszam. Miałaś nigdzie nie wychodzić.

-Mała poprawka kochaniutki. Nie miałam wychodzić sama. Sorry bardzo Lili była ze mną. Nie masz podstaw, żeby na mnie wrzeszczeć i miażdżyć mi kości.

Rozdział 13

 Liliana siedziała na łóżku i chowała twarz w dłoniach. Cała zawartość mojego plecaka leżała na łóżku, a jeden z policjantów przeszukiwał je.
-To moje rzeczy! Zostaw je. - podeszłam do niego i wyszarpnęłam mu z dłoni mój piórnik
-Roki wszyscy cie szukamy!
-Spokojnie. Nie musieliście przecież od razu policji wzywać.
-Właśnie, że musieliśmy. Chłopaki możecie już iść – gdy wszyscy wyszli zaczęła mówić dalej – Posłuchaj mnie Roki. Grozi ci straszne niebezpieczeństwo. Mówiłam ci, że rozmawiałam z moim szefem. Chciałam, żeby przydzielił mnie do ochrony ciebie. Zgodził się jak mu powiedziałam, że dobrze cie znam. Oprócz mnie jest jeszcze jeden policjant. Twoi rodzice nie mogą przyjechać do szpitala, bo ludzie, którzy chcą cie zabić wiedzieliby gdzie jesteś. Ich i twój telefon mają na podsłuchu.
-Skąd wiecie, że ktoś chce mnie zabić?
-Jak byłaś na początku w Londynie to czy nie wydarzyło się coś dziwnego w twoim życiu?
-Tak. Raz jak byłam z mamą w parku to zostałam czymś uderzona w głowę. Nie pamiętam dokładnie tego. Od tego wydarzenia miałam częściową amnezję. Pamiętałam z tego całego dnia tylko to, że byłam z mamą w parku. Nie pamiętam nic więcej. Mama opowiadałam mi, że jakieś dziecko uderzyło przypadkowo mnie piłką w głowę.
-To nie wszystko. Fakt, że byłaś w parku z mamą i że dostałaś czymś w głowę jest prawdą. Jednak to był zaplanowany atak. Pewien mężczyzna strzelał do ciebie z procy kamieniem, który był specjalnie zaostrzony tak, żeby doprowadził do twojej śmierci. Na szczęście w ostatniej chwili ruszyłaś się i pocisk nie trafił w odpowiednie miejsce. W trakcie lotu zmienił trajektorie lotu i dostałaś jego bokiem. W wyniku uderzenia zapomniałaś co wydarzyło się przez cały dzień. To, że pamiętasz to z kim i gdzie byłaś zawdzięczasz temu, że na twojej głowie siedział akurat owad. Gdyby nie on to zapomniałabyś całkowicie ten dzień. Policjant, który miał akurat tam patrol zauważył tego mężczyznę jak w ciebie celował i złapał go. Facet został skazany, ale wpłacono za niego kaucje. Policja prosiła twoją mamę, żeby niczego ci nie mówiła, bo mogłabyś zrobić wtedy coś głupiego i wpadłabyś wtedy w jego łapy. Twoja mama miała też pilnować, żebyś nigdzie nie wychodziła sama.
-Teraz już wiem dlaczego przywoziła mnie i odbierała ze szkoły. Nawet nie marudziła mi, żebym gdzieś wyszła. Zawsze chciała, żebym zbytnio nie chodziła do sklepu sama. Albo chodziłyśmy razem albo sama szła.
-Nadal cie to obowiązuje. Teraz Mark i ja będziemy ci jak wrzód na dupie. Będziemy musieli zmienić twój wygląd zanim wyjdziesz ze szpitala. Reszty dowiesz się jak przyjdzie mój szef z Mark'iem.
-Dla mnie to nawet dobrze, bo chciałam przefarbować włosy.
-No widzisz. Są jakieś plusy tej sprawy. Dobra. Lekarz powinien zaraz przyjść. Pójdę do barku. Przynieść ci coś?
-Kawę i coś do jedzenia.
-Ok.
Liliana wyszła z sali. Usiadłam na łóżku i zaczęłam zbierać z niego swoje zeszyty. Poszło mi całkiem sprawnie. Odłożyłam zeszyty na stolik obok. Gdy odwróciłam się doktor wchodził już do sali.
-Jak się czujesz? - zapytał
-Dobrze. Wyspałam się w miarę i zwiedziłam szpital.
-Słyszałem, że chwilowo zniknęłaś. Policja biegała po całym szpitalu.
-Przepraszam. Powinnam powiedzieć gdzie idę.
-Nic się nie stało. Trochę zabawnie było widzieć jak stara pani Hellman biła policjanta ręcznikiem jak wszedł do jej sali. Stała akurat tyłem.
-Ile ona ma lat?
-83
-Współczuje temu policjantowi nie tylko ze względu na to, że pobiła go starsza pani.
-Nic cię nie boli?
-Nie. Nic nowego. Jak zawsze noga, ale to normalne.
-Jak to noga cie boli?
-Miałam zwichnięty staw skokowy jak mieszkałam jeszcze w Polsce. Lekarz mówił, że do końca życia będzie mnie czasem boleć.
-Pozwolisz, że ją obejrzę.
-Jasne.
Zdjęłam trampek i wyciągnęłam nogę w stronę lekarza. Masował moją stopę, a w szczególności okolice kostki.
-Co za idiota. Ty masz zerwane więzadła skokowe, ale spokojnie. Zrobimy operację i noga będzie jak nowa.
-Na czym będzie ona polegać?
-Natniemy ci nogę po bokach, ale tylko przy stopie i naciągniemy więzadła. Przyczepimy ci je w odpowiednie miejsca za pomocą takich małych kotwic. Zabieg ten jest niegroźny dla zdrowia. Jakiś czas będziesz chodzić o kulach, ale wszystko będzie dobrze.
-Ok. Od dzieciństwa marzyłam, żeby złamać nogę i chodzić o kulach.
-Cóż złamanie to to nie jest, ale kule będziesz miała. Powiem ci jeszcze co i jak z operacją wieczorem.
Lekarz wyszedł z sali, a ja ubrałam but. Wyjęłam z plecaka ładowarkę do telefonu i zaczęłam chodzić po sali w poszukiwaniu kontaktu.
-To ci już nie będzie potrzebne. - usłyszałam za sobą męski głos i zaczęłam się obracać w jego kierunku
-Jezu, ale mnie pan wystraszył. - powiedziałam łapiąc się za serce
-Przepraszam. Nie ładuj telefonu. Dostaniesz nowy tak jak wszystko inne.
-Może jeszcze nową rodzinę? - zażartowałam
-Zgadłaś. Mark będzie twoim mężem, a Liliana siostrą.
-O nie! Na męża się nie zgadzam. Chłopak.
-Narzeczony.
-Stoi! Mark jest moim narzeczonym, a Lili siostrą
-Pierścionek i resztę rzeczy dostaniesz później. Fryzjer przyjedzie wieczorem. Potrzebne są ci jeszcze jakieś rzeczy?
-Tak.
-Co?
-No... yyy...
-No co?
-Ma pan żonę?
-Tak.
-To powinien pan wiedzieć... O Lili jesteś! Jak dobrze, bo już chciałam wysyłaś tego pana po kawę.
-Szefie, czyli możemy już zaczynać.
Mężczyzna, który mnie wystraszył okazał się szefem Liliany. Usiadłam na łóżku. Lili, Mark i ich szef stanęli w rzędzie przede mną. Ich miny 'mówiły', że teraz wszystko będzie brane na poważnie. Pierwszy głos zabrał szef Lili.
-Zanim wyjdziesz ze szpitala dostaniesz nową tożsamość. Fryzjer postara się o to, żebyś nie przypominała siebie. Powinien byś wieczorem...
-Ale wieczorem ma przyjść do mnie lekarz i powiedzieć mi wszystko o operacji. - wtrąciłam się
-O jakiej operacji?
-No mają mi operować nogę. Przez jakiś czas będę musiała chodzić o kulach.
-Pewnie będzie tylko mówić, a to nie będzie kolidować z włosami. Jakiś czas będziesz tutaj siedzieć. Najpierw musimy uporządkować sprawy z nową tożsamością, a to trochę potrwa. Na pewno znajdziesz sobie jakieś zajęcie. Tak jak ustaliliśmy Mark będzie twoim narzeczonym, a Liliana siostrą. Mark będzie parę razy dziennie przychodził tu, żebyście oswoili się ze sobą. Dostaniesz nowe ubrania, telefon, laptop i mieszkanie. Niestety nie możesz już spotykać się z rodzicami ani nikim innym z twojej rodziny. Liliana i Mark też przejdą przemianę. Są już trochę znani w policji. Będziesz teraz musiała się ich słuchać i mówić o wszystkim. Jeśli będziesz gdzieś wychodzić to jedno z nich musi iść z tobą. To by było wszystko. Masz jakieś pytania?
-Tak. Co zrobicie z moją teraźniejszą tożsamością? Przecież nie wyparuję.
-Upozorujemy twoją śmierć. Nie wiemy jeszcze jak. Chyba wykorzystamy twoją chorobę. Za parę dni powinnaś dostać swoje nowe dane, ale przez jakiś czas będziesz się jeszcze posługiwać starymi. Jeszcze jakieś pytania?
-Mogę wychodzić ze szpitala?
-Kategorycznie nie.
-No to jak kupicie mi ubrania?
-Zamówicie z internetu. Liliana ci pomoże. Coś jeszcze?
-Raczej nie.
-Dobrze. Ja już pójdę. Liliana z tobą zostanie. Mark przyjdzie za jakiś czas. Nie zapomnij o fryzjerze.
-Jasne. - odpowiedziałam pod nosem
Lili usiadła obok mnie na łóżku. Kontem oka zauważyłam, że uśmiecha się. Uśmiech przerodził się w chichot, a on w głośny śmiech.
-Z czego się tak śmiejesz?
-Serio narzeczony?
-Ej! I tak stargowałam. Miał być mąż.
-Mark jest fajny. Na pewno cię zaprzyjaźnicie. Masz już jakiś pomysł na nowa fryzurę?
-Nie wiem. Może rozjaśnię włosy i zrobię ombre. Nie jestem pewna, a ty?
-Mm... rozjaśnię, pofarbuje na jasny róż i ombre. Nie jestem pewna koloru, ale raczej turkus.
-Fajnie, że będziemy siostrami. Ciekawa jestem mojego nowego imienia.
-To nazwisko cię nie obchodzi?!
-Niezbyt. Ważne, żebym miała jakieś normalne imię. Ale serio fajnie, że będziemy siostrami.
-Pamiętasz? Zawsze nam mówili, że jesteśmy siostrami. Chciałyśmy kogoś nabrać, ale za dużo osób już nas znało.
-Pamiętam. Możemy teraz iść kogoś wkręcić. Na pewno nikt nas tu aż tak zna. - po jej minie wiedziałam, że nie chce się zgodzić – Jak szłam się przejść to widziałam całkiem ładnego pielęgniarza. Lekarza też.
-Dobra, ale jak nas złapią to powiem, że to był twój pomysł.
-Powie się, że przyzwyczajamy się. No, bo w końcu będziemy siostrami.
Wzięłyśmy swoje kawy i wyszłyśmy na hol. Liliana patrzała w lewo, a ja w prawo. Na dyżurce siedział pielęgniarz.

-Bingo. Idziemy do dyżurki.

niedziela, 8 marca 2015

Rozdział 12

Nie mogłam uwierzyć w to, że mam białaczkę. Nigdy na nic nie chorowałam. Tylko trzy razy w ciągu życia byłam w szpitalu. Raz jak się urodziłam. Potem jak złamałam palec, a później jak zwichnęłam staw skokowy. Do tej listy muszę dodać moją prawdopodobnie przedostatnią wizytę w szpitalu. Ostatnią pewnie będzie, to jak będzie ze mną już naprawdę źle. Nie jestem pewna co do leczenia. W telewizji mówią o tylu beznadziejnych przypadkach. Myśli o śmierci zaczęły wkraczać w mój umysł, aby tego uniknąć postanowiłam przejść się. Gdy spałam odłączono mi wenflon. Usiadłam na brzegu łóżka i zaczęłam ubierać trampki. Jak je już ubrałam wstałam i zaczęłam stawiać pierwsze kroki. Stanęłam w progu i rozglądałam się w poszukiwaniu pielęgniarki. Nie zauważyłam ani jednej, więc mogłam spokojnie ulotnić się. Szłam powoli korytarzem. Zerkałam do niektórych sal. W niektórych były dzieci, a w innych już dorośli ludzie. Jedna rzecz łączyła ich wszystkich. Byli przy nich inni ludzie. Zdrowi. Pełni sił. Prawdopodobnie byli to ich rodzice, rodzeństwo, mąż lub żona albo po prostu przyjaciele. Do niedawna to pojęcie było mi tak obce. Teraz odzyskałam przyjaciółkę, która dawniej była mi jak siostra.
Spojrzałam na ścianę wzdłuż, której szłam. Zatrzymałam się na chwile. Wisiał na niej zegar. Wskazywał piątą rano. (to był zegar elektroniczny) Było mi zimno. Nic dziwnego, bo miałam na sobie top. Nie przeszkadzało mi to. Szłam dalej korytarzem. Zatrzymałam się przy pewnej sali. Byłaby jak każda inna, do której zerkałam gdyby nie to, że była w niej tylko jedna osoba. Rozejrzałam się po korytarzu w poszukiwaniu kogoś kto jest w pobliżu tej sali albo idzie w jej kierunku. Nikogo takiego nie było. W sali leżała starsza pani. Spała albo po prostu leżała z zamkniętymi oczami. Weszłam tam. Zawsze nie mogłam patrzeć na to jak ktoś jest sam. Przysiadłam na krzesełku, które stało pod ścianą. Chciałam wyjąć telefon z kieszeni, żeby spróbować go włączyć. Zawsze mi się wyłączał gdy zostawało w nim kilka procent baterii. Niestety wypadło mi przy tym kilka monet z kieszeni. Obudziło to starszą panią.
- Kim jesteś? - zapytała
- Jestem Roki. Leżę parę sal obok. Chciałam się przejść to wyszłam na korytarz. Zrobiło mi się pani żal, że nikogo z panią nie ma. Musi czuć się pani samotna. - delikatnie uśmiechnęłam się
- Masz racje. Każdy myśli, że na starość jest tak fajnie, że jak się ma tak dużą rodzinę to wszyscy przyjeżdżają, odwiedzają, a tak nie jest.
- W moim wieku też nie jest za ciekawie.
- Na co chorujesz?
- Mam białaczkę. A co jest pani?
- Rak płuc. Za tydzień mam jechać na operacje. Przegadałyśmy tak parę dobrych minut. Dowiedziałam się, że wnuk był u niej parę dni temu. Od tego czasu nie było go już. Musiał wyjechać. Oprócz niego nikogo nie ma.
- Masz dziwny akcent. Skąd jesteś? - zapytała
- Od urodzenia mieszkałam w Polsce. Parę lat temu przeprowadziłam się z mamą do Londynu. Miałyśmy zacząć tutaj nowe życie. Wyjechałyśmy z dnia na dzień.
- A twój ojciec? Przecież musisz mieć jakiegoś.
- Moi rodzice rozwiedli się. Właśnie z tego powodu się tutaj przeprowadziłyśmy.
- Przykro mi. Musiało ci być ciężko zostawić wszystko co znasz i przeprowadzić się w całkowicie nowe miejsce.
- Oswoiłam się już z tym. Wszystko od tego czasu zmieniło się w moim życiu. W szkole ukrywam skąd pochodzę. Gdyby dowiedzieli się skąd pochodzę to wyzywali by mnie od głupich polek. - zerknęłam na korytarz. Biegali po nim policjanci i pielęgniarki
- Co się dzieje?
- Nie wiem. Lepiej już pójdę. Przyjdę jeszcze do pani. Spróbuje się czegoś dowiedzieć.

Wyszłam z sali. Poszłam w stronę, z której tu przyszłam. W moim pokoju było pełno policjantów.

Rozdziały będą teraz dodawane codziennie. Chce jak najszybciej zakończyć to opowiadanie skoro mam już gotowe wszystkie rozdziały. Druga część będzie publikowana wyłącznie na Wattpadzie.

wtorek, 24 lutego 2015

Rozdział 11

 Ona ciągle na mnie patrzała. Myślała, że jeśli wzrok ma skierowany w drugą stronę to tego nie widzę. Widocznie musiała już zapomnieć, że wujek nauczył mnie sztuczki, którą miałam Ją nauczyć. Sama tego chciała. Na szczęście nie przebrali mnie w te dziwne szpitalne ciuchy, w których widać tyłek. Dotknęłam prawej przedniej kieszeni spodni. Nadal tam były. W lewej też nikt nie szperał. Wyjęłam ich zawartość i pod kołdrą połączyłam je w całość. Była to zabójcza broń przeciwko innym osobom, którą każdy nastolatek się posługiwał. To zawsze pomagało. Położyłam się na łóżku i odwróciłam plecami do Niej. Włożyłam słuchawki do uszu i włączyłam moją ulubiona playliste. Zamknęłam oczy i wkroczyłam do mojego własnego świata, w którym mam najwyższą władzę w świecie gdzie wszystko zależy ode mnie. Krótko mówiąc w śnie.
Przebudziłam się gdy muzyka przestała "wpływać" do mojego umysłu. Widocznie baterie w telefonie musiały się wyczerpać. Nie otwierałam jeszcze oczu, bo liczyłam na to, że uda mi się jeszcze zasnąć. Niestety moje starania poszły na marne. Rozmowa dwóch osób nie pozwalała mi zasąć.
- Jest pani pewna, że da pani radę jej to powiedzieć? - rozpoznałam ten głos. Był to lekarz
- Tak. Teraz ma już tylko mnie tutaj. To wszystko tak nagle na nią spadło. - to... to... ONA!
- W szpitalu jest psycholog. Gdyby była taka potrzeba to... proszę zwrócić się do mnie. Jest silna. Powinna sobie poradzić.
- Gdy tylko ją poznałam już wydawała mi się niewyobrażalnie silna. Aż dziw, że uważano nas w szkole za siostry.
- Medycyna zna kilka takich przypadków jak ona. Tylko nielicznym się udało, ale ona ma więcej szans. Ważne, żeby tego chciała i wierzyła, że jej sie uda.
- Ja w nią wierze. Na pewno jej się to uda...
- Co mi się uda?! Po co mi psycholog?! Jestem zdrowa?! Nie musicie mnie odrazu wysyłaś do czubków, bo zemdlałam! - prawie wyskoczyłam z łóżka ze wściekłości.
- Roki uspokój się. Doktorze poradzę sobie. Może pan iść.
- Nie Liliana! Mam już tego wszystkiego dosyć! Nie odzywaliście się przez tyle lat!
- To nie prawda. Pisaliśmy do ciebie listy. Sara, Serina, Cysia, Luke, ja. Każdy pisał. To ty nas olałaś i bez słowa wyjechałaś. Nawet nie raczyłaś do nas zadzwonić, odpisać na list, nawet napisać głupiego SMS'a.
- To wy mnie olaliście! Od żadnego z was nie dostałam ani jednego listu... - wszystkie wspomnienia zaczęły napływać do mojej głowy. Nie wytrzymałam i worek łez, który od kilku lat był szczelnie zamknięty pękł jak mydlana bańka
- Przepraszam Roki. Przepraszam za to, że chociaż też byłam w Londynie to się nie odzywałam. Przepraszam za to, że cię olałam i, że widziałam tylko swoje problemy. Przepraszam, że pozwoliłam na to, żeby całe to gówno, które uważałam za coś co mi ulży wróciło do mojego życia. Przepraszam za wszystko co się stało, co się dzieje i za to co jeszcze zepsuje w przyszłości. - przez cały ten czas siedziała ze mną, przytulała i pozwalała płakać w jej ramię
- Wybaczę ci to wszystko jeśli już nigdy mnie nie zostawisz.
- Teraz gdy cię znalazłam to już cie nie zostawie.
- Co takiego masz mi powiedzieć?
Odsunęłam się od niej i zaczęłam wycierać twarz z łez. Jej mina zdradzała, że nie ma dobrych wiadomości.
-Zemdlałaś w szkole. Lekarz po kilkunastu badaniach, które ci zrobili, powiedział mi, że należysz do grona ludzi, którzy... Nie wiem jak ci to wyjaśnić. Ty i jeszcze kilkanaście osób na Ziemi inaczej objawiacie niektóre choroby. Ty trafiłaś na białaczkę. Jesteś już pełnoletnia, więc za godzinę przyjdzie lekarz sprawdzić jak się czujesz. Jeśli tego chcesz to możesz się dopytać go o wszystko. Teraz wybacz, ale muszę wyjść. - wstała z łóżka i zaczęła kierować się w stronę drzwi
- Ale wrócisz. - dopiero po chwili odezwałam się

- Oczywiście, że tak. Muszę tylko porozmawiać z szefem. Odpoczywaj.

sobota, 14 lutego 2015

Rozdział 10

Liliana skierowała w moją stronę swoje nieobecne spojrzenie. Nie mogłam uwierzyć, że to zrobiła. Nie miałam już sił. Wiedziałam, że nic nie dam rady już zrobić. Było za późno. Spóźniłam się. To koniec. Nie mam szans na wyrwanie jej z tego. Gdy wzięłam dłoń z jej twarzy ciało Liliany upadło na ziemię. Położyłam się obok niej. Leżałam i czekałam. Minęło kilkanaście minut zanim się odezwałam.
- Jak mogłaś nam to zrobić Lils?
- Roki to ty? - wymruczała Lils wracając do stanu normalności
- Taa
- Jak długo tu jesteś? Co widziałaś?
- Przyszłam jak nie kontaktowałaś. Jak mogłaś to zrobić? Obiecałaś nam.
- To było silniejsze. Chciałam o wszystkim zapomnieć, a tylko to mi na to pozwalało.
- Nie musiałaś tego robić. Bądź od tego silniejsza.
- Ale ja już nie daje rady.
- Dasz rade...
- Możemy już o tym nie gadać?
- Żwirek dał mi coś dla ciebie. Proszę. - podałam Lilianie list
- Co to jest?
- Kevin kazał ci to przekazać. Zostawię cie samą...
- Nie! Zostań. Chce żebyś to przeczytała. Nagłos. Ja nie dam rady.
- Ok. - otworzyłam kopertę i wyjęłam z niej zapisaną kartkę – Witaj Lili. Będzie mi ciebie brakować. Muszę wyjechać. Mój ojciec dostał propozycje pracy w Waszyngtonie. To jego wileka szansa. Nie mamy tutaj żadniej rodziny dlatego muszę jechać z nim. Wiedz, że nigdy nie zapomnę tego jak byliśmy razem w kinie. Zawsze będę pamiętał ten twój rumieniec gdy spotkaliśmy w kinie Sare i Roki. Pamiętasz? To była nasza pierwsza randka. Nigdy nie zapomnę tego jak ukrywałaś w parku to, że jest ci zimno. I tego, że poświęciłaś twoje ulubione ciastka na rzecz gołębi. I jak śmiałaś się na każdym momencie filmu. I twojego rumieńca jak pocałowałem cię w policzek. Będę pamiętał każdą spędzoną z tobą chwile. Proszę cię nie zapomnij o mnie. Zawsze będziesz w moim sercu. Żegnaj piękna. Na zawsze twój Kevin. Jezu mam łzy w oczach. Co ci? Liliana?
- JAK ON MÓGŁ!!! - Lili zaniosła się przeraźliwym płaczem
Nigdy wcześniej nie widziałam mojej przyjaciółki w takim stanie. Zawsze widziałam ją roześmianą. Nigdy nie była tak bardzo smutna. Nawet nie wiem czy można zaliczyć tego do smutku. To była czysta rozpacz. Nie wiedziałam co mam zrobić. Gdy ktoś obok mnie płakał ja też zaczynałam płakać. Tak stało się i teraz.
Siedziałyśmy tam i płakałyśmy aż nie zorientowałam się, że jest już prawie koniec lekcji. Podniosłam nas z ziemi i poszłyśmy na przystanek autobusowy. Jeszcze nikt z tej naszej "genialnej" klasy nie przyszedł, więc miałyśmy okazje wybrać sobie miejsce jakie tylko chciałyśmy. Usiadłyśmy pośrodku. Wyjęłam z mojego plecaka okulary przeciwsłoneczne i podałam je Lilianie. Nie chciałam, żeby ktoś zobaczył jej czerwone i opuchnięte oczy. Nie obyło by się wtedy bez głupich pytań, od których zapewne wybuchłaby bójka. Sama ubrałam bluzę siostry, którą "pożyczyłam" od niej. Moja głowa o dziwo mieściła się w jej kapturze. Dobra. Tonęła w niej. Nie wiem jakim cudem, ale nikt nie podszedł do nas. Odprowadziłam Lili do jej domu. Nie mogłam z nią zostać, bo mama dobijała się do mnie od paru minut. Na szczęście Liliana zrozumiała mnie i powiedziała, że nie chce, żebym miała przez nią kłopoty. Najgorsze było to, że nie wiedziałam jak jej to powiedzieć.
*cztery lata później*
Po niespodziewanej przeprowadzce musiałam nauczyć się żyć na nowo. Nowa szkoła. Nowi znajomi. Nowy dom. Wszystko było dla mnie inne. Tu nie jest już tak jak w Polsce. Najgorsze było to, że nie mogłam się pożegnać z przyjaciółmi. Nie wiedziałam jak to zrobić. Przekładałam to, bo się bałam ich reakcji. Gdybym przeprowadzała się do innego miasta w Polsce to nie byłoby tak źle, ale to jest kurwa Anglia. Lils i reszta paczki nie mogą przyjeżdżać do mnie tak jak to było kiedyś. Oni nawet nie wiedzą gdzie mieszkam. Żwirek pewnie im powiedział. Ciekawe tylko ile z tego jest naprawdę.  Ten idiota zawsze omija większą część informacji.
Jechałam z mamą do szkoły. Mieszkam tu od czterech lat, a ona i tak odwozi mnie do szkoły. Nie żebym narzekała, ale serio po coś jednak Bóg dał nam te nogi. W szkole nie mam zbyt wielu przyjaciół. Pogadam z kimś od czasu do czasu, ale nikt nie zastąpi mi tych moich 'chorych' przyjaciół. Z nimi mogłam się naprawdę pośmiać. Kilka ulic przed szkołą stała policja. Musiałyśmy zjechać na pobocze. Do naszego auta podeszła jakaś młoda policjantka. Jak na Londyn było o dziwo ciepło, więc miała na głowie czapkę z daszkiem. Podeszła do mojej mamy i zaczęła kontrolę. Co jakiś czas zerkała na mnie. Myślałam, że zaraz wyjdę z siebie. Pewnie myślała, że biorę narkotyki. To, że mam tunele w uszach nie oznacza, że ćpam. Przestałam przejmować się tą policjantką i zaczęłam bawić się moimi włosami. Od dłuższego czasu miałam w planach pofarbowanie ich. Nie byłam pewna jeszcze koloru. Może fryzjerka mi doradzi. Chociaż po ostatnim razie nie ufam im za bardzo. Chciałam tylko podciąć sobie końce. Dali mi jakąś praktykantkę, która nie dość, że ciągle gadała to zcięła mi więcej włosów nich chciałam. Miałam wtedy włosy prawie do pasa. Zapuszczałam je kilka lat, a jak wyszłam z salonu to były prawie do ramion. Tak to były tylko końce.
Już pierwsza lekcja w szkole mnie doprowadziła do szału. Na lekcje przyszła policja. Oczywiście były to te same osoby co zatrzymały mnie w drodze do tego więzienia razem z tą młodą policjantką. Znowu się na mnie gapiła. Nauczyciel kazał nam usiąść w ławkach i słuchać. Nie żebym miała coś innego do roboty. Kuźwa może chciałam stać jak ostatni osioł. Jeden z policjantów nie wiem jakiego stopnia zaczął coś gadać. Przyznam się nie słuchałam go. Gryzmoliłam coś na okładce zeszytu. Co jakiś czas docierały do mnie jego słowa. Bla bla bla narkotyki bla bla bla uzależnienie. I tak cała lekcja. Pod koniec zajęć zaczęłam trochę uważać. Policjant ględził coś, że zostanie tutaj w szkole jeden człowiek od nich i będzie się nam przyglądał, bo dostali donos, że w naszej szkole pracuje diler czy coś w tym stylu. Mózg mi się wyłączył i przestałam kontaktować. Widziałam tylko jak każdy się na mnie gapi. Próbowałam wstać z ławki, ale gdy tylko to zrobiłam miałam ciemność przed oczami.
***
Próbowałam otworzyć oczy, ale nie wychodziło mi to. Były ciężkie i to bardzo. Słyszałam tylko jak ktoś stawia coś obok mnie i siada na tym. Nie był to mężczyzna, bo kroki były delikatne. Jedna noga stąpała inaczej. Tylko jedna osoba tak chodzi.
To nie może być Ona. Przecież jest kilometry stąd. Nikt z Nich nie wie gdzie jestem. - od panicznego myślenia głowa zaczęła mnie coraz bardziej boleć. Z moich ust urwał się jęk bólu. Osoba, która siedziała obok mnie poszła, a raczej wybiegła. Zebrałam w sobie wszystkie siły i otworzyłam oczy. Uderzyło w nie ostre światło. Przymknęłam trochę oczy i spojrzałam na swoje dłonie. W lewej miałam wbity wenflon, do którego była podłączona kroplówka. Prawa była owinięta bandażem w nadgarstku. Z tego co pamiętałam to nic sobie w nią nie zrobiłam.
Do sali wszedł lekarz z Nią. Dopiero teraz byłam pewna swoich przypuszczeń względem niej. To ciągle obserwowanie mnie, dziwny chód. Nie chciałam, żeby tu była. Miałam w planach całe swoje wcześniejsze życie zostawić w Polsce. W Anglii miało być inaczej. Wszystko miałam zacząć od nowa. Poświęciłam dla tego wszystko. Zaczęłam słuchać rocka. Odrzuciłam pop, bo przypominał mi Ją. Wyrzuciłam wszystkie wcześniejsze szkice. Wykasowałam wszystkie zdjęcia, ale to i tak zostało w mojej pamięci. Jej już nie mogłam wyczyścić, skasować. Byłam zmuszona pamiętać moje życie w Polsce. Z każdym kolejnym dniem marzyłam, żeby wynaleziono coś co może wykasować wspomnienia jakie tylko chcemy. Tak się nie stało. Każdej nocy Oni mi się śnili. Największy udział w nich miało jednak Ona. Nie chciałam tego. Miałam o tym zapomnieć, ale z każdym kolejnym dniem w Anglii coraz bardziej zagłębiali się w mojej pamięci. Byli nie do zniesienia. Na każdym kroku słyszałam Ich głos. Jak zwracają mi uwagę, pocieszają mnie, śmieją się. Nawet jak na mnie krzyczą. Miałam tego dosyć. Moja mama miała już podejrzenia, że biorę narkotyki. Nie chciałam być taka jak Ona. Oszukiwać i ćpać.
- Jak się czujesz Roki? - moje rozmyślania przerwał lekarz świecąc mi latareczką po oczach
- Głowa mnie boli. Co mi się stało w nadgarstek?
- To normalne, że cię boli po omdleniu. Rozcięłaś go sobie o kant ławki. Straciłaś trochę krwi, ale  jest już lepiej.
- Długo spałam? - lekarz zaczął pisać coś w papierach, które przyniósł ze sobą
- Zemdlałaś w poniedziałek, a właśnie teraz zaczął się wtorek. Jest parę minut po północy. Mogę teraz ja pozadawać ci parę pytań?
Pokiwałam twierdząco głową i wtedy zaczęło się przesłuchanie. Lekarz, a jak się dowiedziałam w trakcie rozmowy doktor Robinson, pytał się mnie czy się dobrze odżywiam i takie tam bzdety. Starałam się udzielać mu jak najbardziej prawdziwych odpowiedzi. Mówiłam tyle ile pamiętałam.
Po wyjściu lekarza z sali, w której leżałam zostałam tylko z Nią. Przez dłuższy czas panowała cisza. Bałam się rozmowy, która miała nadejść. W pewnym stopniu nie chciałam jej, ale od mojego wyjazdu pragnęłam jej. Jednego byłam pewna: nie przerwę jej. To Ona musi to zrobić. Nie będę okazywać tego jak jestem słaba. Dawniej byłam inna. Po moim wyjeździe zmieniło się to. Stałam się zimniejsza, bardziej surowa. Najogólniej mówiąc zostałam zimną suką dla wszystkich spoza rodziny. Nie liczyło się dla mnie czy był to nauczyciel czy ktoś z mojej klasy. Nie chciałam się już do nikogo więcej przywiązać. Nie miałam zamiaru znowu czuć tego bólu.

Hej! Zbliżamy się do końca opowiadania. Zostało jeszcze kilka rozdziałów. Drugą część będę publikować tylko na wattpadzie. Blogger zaczyna mnie już denerwować.

środa, 4 lutego 2015

Rozdział 9

perspektywa Liliany
Jutro w szkole pewnie Roki i Sara będą mnie zawalały milionami pytań o tym co robiłam z Kevinem. - moja głowa zajęta była milionami rzeczy związanymi z tym co robiłam w kinie. Jakoś je z siebie wyrzuciłam zajmując się tym, że właśnie siedzę na ławce w parku z Kevinem. Było mi zimno. Oczywiście zapomniałam wziąć kurtki albo jakiegokolwiek sweterka. Próbowałam nie drżeć, ale jakoś mi to nie wychodziło. Roki kiedyś próbowała mnie nauczyć jak to opanować. Ale nie było mi to wtedy potrzebne. Kevin objął mnie ramieniem. Onieśmielał mnie. Podleciało na trawnik kilka gołębi. Wyjęłam z torebki kruche ciastka i zaczęłam je kruszyć.

- Co ty robisz? To są przecież twoje ulubione ciastka. - Kevin naprawdę się zdziwił
- Próbuje nakarmić twoich imienników. - nie wytrzymałam i zaczęłam drżeć jednocześnie chichotając pod nosem
- Daj, też chce nakarmić trochę siebie siedzącego na trawniku. - w jego głosie wyczułam nutkę poirytowania – Zimno ci. Dam ci bluzę. Wiem, że zabiłabyś za nią.

Miał rację zamordowałabym każdego, żeby tylko ją mieć. Była ciepła i pachniała nim.

- Nie denerwuj się na Louisa za to, że nazwał gołębia twoim imieniem.
- Nie denerwuje mnie to. - kłamał, bo przewrócił oczami
- Roki zabije cię za to. Ona go uwielbia.
- Ja mogę równie dobrze zabić Zayn'a, bo ty go uwielbiasz. Roki przecież lubi tego... jak on tam miał... - zastanawiał się dosyć długo – Vegeta.
- Ona go nie lubi. Roki nim jest. Nie zauważyłeś jak się zachowuje. Podobnie jak on. Potrafi ciągle jeść i nadal być głodną. Lubi gdy wszyscy wykonują to co chce. Odpowiada krótko, ale zwięźle...
- Ej, filozofie nie zapędzaj się. Za chwile będziesz wymieniać takie cechy, o których nawet Roki nie wie.
- Jestem tak zmęczona, że zaczynam bredzić. Możemy już wracać?
- Ok.

Kevin odprowadził mnie do domu. Wracaliśmy powoli. W końcu doszliśmy do mojego domu. Staliśmy przed furtką nie wiedząc co zrobić. Nareszcie przełamałam się i odezwałam.

- No to pa. Widzimy się w szkole. - bardziej pytałam się niż twierdziłam.

Odeszłam jak ostatni tchórz. Nie ukrywam. Szłam wolno. Miałam już wchodzić na pierwszy stopień schodów gdy usłyszałam jak ktoś mnie woła.

- Lili poczekaj. - uwielbiam jak zdrabnia tak moje imię
- Hm? A no tak twoja bluza. Proszę. - chciałam już mu ją podać, ale cofnął moją rękę
- Jest już twoja.

Nachylił się nade mną i cmoknął w policzek. Moje policzki zaczęły mnie nie miłosiernie palić. Spojrzał mi w oczy i zaczął powoli się wycofywać. Był już jakieś trzy metry ode mnie gdy w końcu się poruszyłam i pomachałam delikatnie. Boże. Nie ma nawet takich słów, które mogły by to opisać. Moje serce przeżyło zawał.

- Dobra Lili. Ogarnij się. Musisz jeszcze dać radę odrobić lekcje. - gadałam do siebie jak potłuczona
Weszłam do domu. Jakoś zjadłam kolacje. Patryk – mój młodszy brat – ciągle się na mnie gapił. Dagmara – niestety moja siostra – robiła to samo. Nawet rodzice się na mnie gapili.

- Boże mam coś na twarzy? - nie wytrzymałam i krzyknęłam aż widelec mi upadł na ziemię
- Ojojoj ktoś przyjdzie głodny. - powiedziała moja mama
- Co? - serio nie wiedziałam o co jej chodzi
- Widelec ci upadł, a to oznacza, że przyjdzie ktoś kto jest głodny. - wyjaśnił tata
- Aaa. Już go podnoszę. - olśniło mnie
- Może ten chłopak Lali? - Boże Patryk ma pięć lat i dalej nie umie wymawiać mojego imienia
- Co? Jaki chłopak? Mamo o co mu chodzi? Nie mam chłopaka. - dokładnie podkreśliłam 'nie mam'
- No o tego chłopaka, z którym dziesięć minut gadałaś przed domem.
- Kevin nie jest moim chłopakiem. To był zwykły wypad do kina.
- Mhmm... zawsze się tak zaczyna. W sumie dobrze, że będziesz mieć chłopaka przynajmniej przestaniesz wysyłać sobie z Roki te dziwaczne obrazki. - nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać
*pół roku później*
Nareszcie luty. Nie mogę doczekać się swoich urodzin. W listopadzie były jeszcze urodziny Roki, ale nie byłam na nich, bo przechodziłam ostrą grypę. Jak zawsze zaskoczyli mnie, bo przyszli do mojego domu całą zgrają. Chcieli być wtedy ze mną. Roki i Kevin stwierdzili, że nic nie może się beze mnie odbyć. Powróćmy do moich urodzin. Odbywały się one na polu paintballowym. Zaprosiłam na nie mojego chłopaka Kevina, Roki, Sare, Cysie i Luka, Serine. Wszystko było super. Siniaki na moim ciele po trafieniach nawet nie były aż tak straszne. Wywoływały na mojej twarzy uśmiech. Po zawodach paintballowych, które sobie zrobiliśmy jedliśmy tort, a w międzyczasie otwierałam prezenty. Najlepszym prezentem była bluza z napisem 'Malik Monday' od Kevina. Dostał za to buziaka. To były jedne z moich najlepszych urodzin.
Ciekawe co powie Brzęczyszczykiewicz gdy zobaczy nasze siniaki. - pomyślałam patrząc na pojawiające się na moich rękach fioletowe plamki
Tak nasz wychowawca ma na nazwisko Brzęczyszczykiewicz. Wiele osób się śmieje z tego jak niektórzy je przekręcają. My przechrzciliśmy go na Pana Żwirka, bo jak byliśmy raz z nim na wycieczce to idąc z lodem w ręku wywrócił się na polu żwirowym, i cały się uwalił lodem. Cała szkoła przyjęła to przezwisko.
*jakiś czas później, poniedziałek*
Pierwszą naszą lekcją była chemia. Nauczycielka jak zawsze krzyczała na nas, że się nie uczymy. Potem był polski. Tej nauczycielce odwaliło i chciała z nami grać w jakąś idiotyczną grę. Dopiero wtedy zauważyłam, że nie ma w szkole Kevina. Pewnie zaspał. Cały on. Przechodząc do jego tematu. Chyba z nim zerwę. Przez ostatni czas jakoś się od siebie oddaliliśmy. Mniej ze sobą rozmawiamy i nigdzie nie wychodzimy. To było tylko zauroczenie. Muszę z nim o tym pogadać, ale później. Muszę jakoś zaplanować tą rozmowę. Nawet nie wiem jak mu to powiedzieć.
Nareszcie zaczęła się ostatnia lekcja. Nie wiem z czego mam się tak cieszyć. W końcu to godzina wychowawcza. Żwirek jak zawsze ględził o naszym zachowaniu. Nie ogarniam po co nam to mówił skoro już to wiemy. Serio jesteśmy jacyś nie normalni. Pedagodzy są na naszych lekcjach normą.

- Pewnie zauważyliście już, że nie ma dziś Kevina. Czy ktoś wie dlaczego? - zadał pytanie Żwirek
- Pewnie chory. - odezwał się ktoś z końca sali
- Raczej zaspał. - dodał ktoś inny
- Albo poszedł gdzieś z Lilianą. - no teraz to już przesadzili. Nie wytrzymałam i wybuchnęłam.
- Ja tu jestem! Jesteście zazdrośni czy jak?!
- Cisza! Liliana za krzyczenie na lekcji dostajesz uwagę. Przechodząc do tematu. Widzę, że nie znacie odpowiedzi na moje pytanie. Powiem wam prawdę. Mówię to z żalem. Kevin był naprawdę dobrym uczniem. Musiał wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Nie będę wam wyjaśniał dokładnie dlaczego. Kevin chciał, żebym tylko tyle wam powiedział. Nie wiem czemu tak zrobił. Uszanujmy jego wolę i nie wypytujcie mnie o resztę, bo naprawdę chciałbym wam to wszystko powiedzieć, ale niestety Kevin najwyraźniej nie chciał was w to wtajemniczać...
- Jezus Maria! Robicie z tego nie wiadomo co! Gadacie jakby umarł! Jakbyśmy mieli już go nigdy więcej nie zobaczyć!
- Liliana uspokój się. Wiemy, że był twoim chłopakiem, ale...
- Nie ma żadnego ale! - krzyknęłam i wybiegłam z sali z płaczem

Poszłam w miejsce gdzie czułam się w tym całym więzieniu zwanym szkołą naprawdę wolną. Nikt nie mógł mnie tam znaleźć. Byłam tam tylko ja i moje myśli. Nikt inny nie miał tam wstępu. Nie wytrzymałam tego wszystkiego. Wiedziałam, że muszę to zrobić.

*perspektywa Roki*
Po wybiegnięciu Lili w klasie zapanowała cisza. Przerwał ją Żwirek.
- Roki wiesz gdzie poszła? - po dłuższym zastanowieniu się przytaknęłam głową – Pójdź w takim razie do niej. Daj jej to. - wziął z biurka białą kopertę z podpisem 'dla Liliany' i podał mi ją – Kevin chciał, żeby to dostało się w jej ręce. Poczekaj jeszcze chwilę. Dajmy jej chwilę wytchnienia. Niech ochłonie. Musicie zrozumieć Lilianę. Jest jej naprawdę ciężko z tym wszystkim. Po prostu postawcie się na jej miejscu. Wtedy zrozumiecie. Roki możesz już iść. Zabierz swoje rzeczy i Liliany jeśli jakieś zostawiła. Nie musicie wracać na lekcje. Możecie iść do domu.

Jak najszybciej wzięłam swój plecak i torbę Liliany. Weszłam jeszcze do szatni po kurtki. Dobrze, że Lili zapomniała dziś kluczyka, bo nie wiem jak wytłumaczyłam bym to wszystko szatniarce. Nie mogłam uwierzyć jak Kevin mógł zrobić coś takiego. Odszedł bez pożegnania.
Cały czas trzymałam w dłoni kopertę, którą dał mi Żwirek. Była dość ciężka.

- Ciekawe co tam jest? - mruknęłam do siebie idąc do miejsce gdzie na pewno była Liliana – Nie. Nie mogę tam zaglądać.

Przyspieszyłam kroku. Byłam prawie na miejscu. Wszystkie rzeczy, które niosłam robiły się coraz bardziej ciężkie. To, że musiałam wyjść ze szkoły nie ułatwiało mi zadania. Potknęłam się o krawężnik i upadłam. Cała ja. Wywrócę się w najmniej spodziewanych miejscach.

- Może pomóc? - gdy podniosłam głowę zauważyłam chłopaka wyciągającego w moją stronę dłoń
- Taa, dzięki. - odpowiedziałam wstając z ziemi i zbierając w pośpiechu rzeczy
- Wagary? Ja też nie wytrzymuje psychicznie na lekcjach.
- Nie upadłam jeszcze tak nisko, żeby wagarować. Wybacz, ale szukam kogoś.
- Pójdę z tobą. - powiedział gdy zauważył, że zaczęłam znowu iść
- Nie musisz. Nie spodoba się jej to. Nie przepada za obcymi. W ogóle po co z tobą gadam. Nie znam cie.
- Ale możesz poznać.
- Odpuść sobie. Zostaw mnie w spokoju.
- Jeszcze kiedyś się zobaczymy. Na pewno.
- Taa jasne. Wmawiaj to sobie dalej. Na pewno się spełni. - dodałam ostatnie zdanie najbardziej przesycone sarkazmem jak tylko umiałam

Przyspieszyłam jeszcze bardziej kroku. Nieznajomy odpuścił. Na szczęście. Miejsce gdzie powinna być Lils było już blisko. Weszłam na wzgórze. Było z niego widać całą szkołą. Zarastały je trochę krzaki przez co z budynku nie było widać nikogo tam siedzącego. Miałam rację, że tam będzie. Siedziała do mnie tyłem. Zostawiłam wszystkie rzeczy na ziemi. Podeszłam do niej najciszej jak tylko potrafiłam, żeby nie przestraszyła się i znowu nie uciekła. Obeszłam ją dookoła. Miała spuszczoną głowę. Kucnęłam i przyjrzałam się jej. Zamarłam gdy zobaczyłam to czego najbardziej się obawiałam. Nie wierzyłam, że to zrobiła.