środa, 11 marca 2015

Rozdział 14

 Pociągnęłam Lili w stronę zamierzonego celu. Szłyśmy równym krokiem. Podeszłyśmy do dyżurki. Pielęgniarz spojrzał na nas znad papierów, które właśnie wypełniał.
-Słucham. O co chodzi? - zapytał
-No... więc... - zaczęła dukać Lili
-W czym macie problem? - kontynuował
-Nudzi nam się. Wszyscy jeszcze śpią oprócz pana. - odpowiedziałam
-No i co w związku z tym?
-Myślałyśmy, że porozmawia pan z nami. Opowie coś o tym szpitalu, bo szczerze mówiąc nie śpię dopiero od jakiś dwóch godzin. Nie wiem nawet, w którym dokładnie jestem szpitalu.
-Dokładnie. - przytaknęła Lili
-Jesteście w normalnym szpitalu. Na oddziale onkologii.
-Że onkologia to wiem. Domyśliłam się po swojej chorobie.
-Na co jesteś chora?
-Białaczka i zerwane więzadło skokowe.
-W której nodze?
-Lewej.
-Roki, a ty czasem nie miałaś w lewej zwichniętego stawu skokowego? - zdziwiła się Liliana
-Niby tak, ale doktor Robinson powiedział, że to więzadło skokowe.
-Ty jesteś chora, a ona co tutaj robi? - powiedział mierząc wzrokiem Lili
-Ona jest moją siostrą. Przyszła mnie odwiedzić.
-Wiesz, że jesteś za wcześnie na odwiedziny?
-Niech pan przymknie na to oko. - prosiłam
-Takie procedury.
-Prosimy. - powiedziałyśmy jednocześnie, dodatkowo zrobiłyśmy miny zbitego szczeniaczka
-Niech wam będzie, ale macie siedzieć przy mnie. Nie możecie zejść mi z oczu ani na sekundę.
-Dziękujemy.
-To co pan nam opowie o tym oddziale? - zapytała Lili
-Pacjentów mają tutaj doktor Robinson i doktor Kelso.
-Jaki jest doktor Kelso? Tego pierwszego znamy dobrze. Jest całkiem fajny.
-Doktor Kelso jest całkowitym przeciwieństwem doktora Robinson. Dobrze trafiłaś, bo doktor Kelso zazwyczaj ma starszych pacjentów. Ile wy macie w ogóle lat?
-19
-Nie wyglądacie na bliźniaczki.
-Lili jest starsza ode mnie o 10 miesięcy. Chodziłyśmy razem do szkoły podstawowej i do połowy gimnazjum.
-Szkoda. - dodała Lili
-Jedna z was musiała zmienić szkołę?
-Rodzice rozwiedli się. Sąd przyznał mnie mamie, a Lili tacie. Liliana wyjechała z tatą zagranicę, a ja zostałam z mamą w Londynie.
-Nie widywałyście się ze sobą? Przecież musiałyście mieć jakiś kontakt z drugim rodzicem.
-To rodzice do nas przylatywali. Zawsze w tym samym czasie wylatywali i przylatywali. Tak bardzo się pokłócili, że nawet nie mogli na siebie patrzeć.
-Rozwody to straszna rzecz. Dobrze, że moi rodzice nie rozwiedli się.
-Pewnie nie przyjdą do szpitala. Nawet dobrze, bo nie mam zamiaru słyszeć jak się kłócą. - powiedziała Lili
-Jak się odnalazłyście?
-Lili przyszła do mnie do szkoły
-Yhm, a potem z tobą od razu do szpitala. Ile ma pan lat?
-25.
-Tak obstawiałam. - dodała Lili
Zaczęliśmy się śmiać jak psychicznie chorzy. Miałam w oczach łzy gdy usłyszałam za sobą znajomy głos.
-Kochanie tutaj jesteś. Wszędzie ciebie szukałem. - osz kurwa Mark
Mężczyzna stanął obok mnie i objął ramieniem. Normalnie to bym już zabiła za takie coś, ale... musiałam się przyzwyczajać
-Mark... kotku rozmawiałam sobie z Lili i tym przemiłym panem.
-Możesz mi mówić Robert.
-Robert to mój narzeczony, Mark.
-Miło mi poznać. - uśmiechnął się pielęgniarz w stronę policjanta
-Kochanie mój ojciec chciałby z tobą porozmawiać. Pilnie. Lili ty też.
-Do zobaczenia Robert. - powiedziałyśmy szybko, bo ten idiota strasznie się spieszył
Mark tak mocno ściskał moją dłoń, że bałam się o moje kości. Kolejna rzecz do operacji. Za Chiny nie wiedziałam o kogo mu chodzi z tym ojcem. Gdy tylko weszliśmy do mojej sali wyszarpnęłam dłoń z uścisku Mark'a i usiadłam na łóżku masując obolałe miejsce.
-Powaliło cię! Mogłeś mi dłoń zmiażdżyć.
-Przepraszam. Miałaś nigdzie nie wychodzić.

-Mała poprawka kochaniutki. Nie miałam wychodzić sama. Sorry bardzo Lili była ze mną. Nie masz podstaw, żeby na mnie wrzeszczeć i miażdżyć mi kości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz