niedziela, 8 marca 2015

Rozdział 12

Nie mogłam uwierzyć w to, że mam białaczkę. Nigdy na nic nie chorowałam. Tylko trzy razy w ciągu życia byłam w szpitalu. Raz jak się urodziłam. Potem jak złamałam palec, a później jak zwichnęłam staw skokowy. Do tej listy muszę dodać moją prawdopodobnie przedostatnią wizytę w szpitalu. Ostatnią pewnie będzie, to jak będzie ze mną już naprawdę źle. Nie jestem pewna co do leczenia. W telewizji mówią o tylu beznadziejnych przypadkach. Myśli o śmierci zaczęły wkraczać w mój umysł, aby tego uniknąć postanowiłam przejść się. Gdy spałam odłączono mi wenflon. Usiadłam na brzegu łóżka i zaczęłam ubierać trampki. Jak je już ubrałam wstałam i zaczęłam stawiać pierwsze kroki. Stanęłam w progu i rozglądałam się w poszukiwaniu pielęgniarki. Nie zauważyłam ani jednej, więc mogłam spokojnie ulotnić się. Szłam powoli korytarzem. Zerkałam do niektórych sal. W niektórych były dzieci, a w innych już dorośli ludzie. Jedna rzecz łączyła ich wszystkich. Byli przy nich inni ludzie. Zdrowi. Pełni sił. Prawdopodobnie byli to ich rodzice, rodzeństwo, mąż lub żona albo po prostu przyjaciele. Do niedawna to pojęcie było mi tak obce. Teraz odzyskałam przyjaciółkę, która dawniej była mi jak siostra.
Spojrzałam na ścianę wzdłuż, której szłam. Zatrzymałam się na chwile. Wisiał na niej zegar. Wskazywał piątą rano. (to był zegar elektroniczny) Było mi zimno. Nic dziwnego, bo miałam na sobie top. Nie przeszkadzało mi to. Szłam dalej korytarzem. Zatrzymałam się przy pewnej sali. Byłaby jak każda inna, do której zerkałam gdyby nie to, że była w niej tylko jedna osoba. Rozejrzałam się po korytarzu w poszukiwaniu kogoś kto jest w pobliżu tej sali albo idzie w jej kierunku. Nikogo takiego nie było. W sali leżała starsza pani. Spała albo po prostu leżała z zamkniętymi oczami. Weszłam tam. Zawsze nie mogłam patrzeć na to jak ktoś jest sam. Przysiadłam na krzesełku, które stało pod ścianą. Chciałam wyjąć telefon z kieszeni, żeby spróbować go włączyć. Zawsze mi się wyłączał gdy zostawało w nim kilka procent baterii. Niestety wypadło mi przy tym kilka monet z kieszeni. Obudziło to starszą panią.
- Kim jesteś? - zapytała
- Jestem Roki. Leżę parę sal obok. Chciałam się przejść to wyszłam na korytarz. Zrobiło mi się pani żal, że nikogo z panią nie ma. Musi czuć się pani samotna. - delikatnie uśmiechnęłam się
- Masz racje. Każdy myśli, że na starość jest tak fajnie, że jak się ma tak dużą rodzinę to wszyscy przyjeżdżają, odwiedzają, a tak nie jest.
- W moim wieku też nie jest za ciekawie.
- Na co chorujesz?
- Mam białaczkę. A co jest pani?
- Rak płuc. Za tydzień mam jechać na operacje. Przegadałyśmy tak parę dobrych minut. Dowiedziałam się, że wnuk był u niej parę dni temu. Od tego czasu nie było go już. Musiał wyjechać. Oprócz niego nikogo nie ma.
- Masz dziwny akcent. Skąd jesteś? - zapytała
- Od urodzenia mieszkałam w Polsce. Parę lat temu przeprowadziłam się z mamą do Londynu. Miałyśmy zacząć tutaj nowe życie. Wyjechałyśmy z dnia na dzień.
- A twój ojciec? Przecież musisz mieć jakiegoś.
- Moi rodzice rozwiedli się. Właśnie z tego powodu się tutaj przeprowadziłyśmy.
- Przykro mi. Musiało ci być ciężko zostawić wszystko co znasz i przeprowadzić się w całkowicie nowe miejsce.
- Oswoiłam się już z tym. Wszystko od tego czasu zmieniło się w moim życiu. W szkole ukrywam skąd pochodzę. Gdyby dowiedzieli się skąd pochodzę to wyzywali by mnie od głupich polek. - zerknęłam na korytarz. Biegali po nim policjanci i pielęgniarki
- Co się dzieje?
- Nie wiem. Lepiej już pójdę. Przyjdę jeszcze do pani. Spróbuje się czegoś dowiedzieć.

Wyszłam z sali. Poszłam w stronę, z której tu przyszłam. W moim pokoju było pełno policjantów.

Rozdziały będą teraz dodawane codziennie. Chce jak najszybciej zakończyć to opowiadanie skoro mam już gotowe wszystkie rozdziały. Druga część będzie publikowana wyłącznie na Wattpadzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz